szukaj nieruchomości

Typ nieruchomości

Lokalizacja

Liczba sypialni

Cena od

Cena do

Nr referencyjny

Kontakt Oferta
Strona główna

you can live
where the others
only dream about…

+34 699 15 88 77 +34 673 73 42 11
20/03/2019

Skąd wzięło się Dream Property, polskie biuro nieruchomości w Hiszpanii?

Moja Marbella - Tatiana Pekala Dream Property
Pytacie mnie czasem, skąd się tu wzięłam. Dlaczego Hiszpania, dlaczego Marbella, dlaczego biuro nieruchomości? Opowiem Wam.

I to już wszystko? Tak będzie do końca?

Listopad 2005 roku. Gdańsk, ulica Polanki 19. Wychodzę z pracy po 18, jest ciemno, zimno, pada i wieje. Jak jechałam do biura tamtego ranka było ciemno, zimno, padało i wiało. I poprzedniego dnia też, i jeszcze wcześniejszego. Wsiadam do samochodu, jadę. Na skrzyżowaniu z Kołobrzeską przeżywam swoją codzienną niemal rozterkę: siłownia czy sofa, dzbanek herbaty i książka? Wygrywa (tym razem) siłownia. Dojeżdżam, wskakuję na bieżnię i po jakichś 15 minutach uświadamiam sobie, że idę, ba, biegnę donikąd. Dosłownie i w przenośni. W głowie zapala mi się neon z pytaniem: „I to już wszystko? Tak będzie do końca?” Ciężar tego pytania (w zasadzie dwóch) prawie zwala mnie z nóg i bieżni. Wtedy nie wiem jeszcze dokładnie, czego chcę, ale wiem, że na pewno nie chcę tego, co mam.

Jedno już wiem na pewno

Listopad 2006 roku. Jestem po moim pierwszym wyjeździe do Hiszpanii, cudnym tygodniu spędzonym w Maladze, egzaminie z hiszpańskiego, do którego kułam niemożliwie przez 2 miesiące i zbieram siły. Bo już wiem, czego chcę. Chcę do Hiszpanii, konkretnie na Costa del Sol, a jeszcze konkretniej w okolice Malagi. Wtedy jeszcze nie wiem, czy dam radę rzucić wszystko i po prostu wyjechać, ale kiedy przypominam sobie, co poczułam wysiadając z samolotu w Maladze, wiem, że muszę sprawdzić, czy to było prawdziwe. Poczułam mianowicie, że jestem w domu.

hiszpanskie cytryny - Dream Property Marbella

Życiowy fikołek, który niesie za sobą konsewencje

Marzec 2007 roku. Przyleciałam do Malagi na kilka rozmów kwalifikacyjnych, na które umówiłam się, rzecz jasna, online. Dzierżę w dłoni mój świeżutki dyplom z Instituto Cervantes jak miecz, którym zamierzam zawojować południową Hiszpanię. Albo się przed nią bronić – w tamtym czasie moje uczucia są dość ambiwalentne. Zaczyna do mnie docierać, że ten życiowy fikołek, którego zamierzam wykonać, będzie miał konsekwencje. Rzucę wymagającą, ale nieźle płatną pracę, zostanę z kredytem mieszkaniowym, autem w leasingu i bez stałych dochodów. Poprawka: bez żadnych dochodów, za to z okrągłym zerem na koncie po stronie „ma” i potężnym minusem po stronie „winien”.

"Pracę chętnie przyjmę"

Idę więc na rozmowy kwalifikacyjne z mocnym postanowieniem zdobycia jakiejś, jakiejkolwiek pracy, żeby to zero przestało straszyć. Mój miecz-dyplom okazuje się być kawałkiem zupełnie niepotrzebnego papieru – potem okaże się, że przez 12 lat mojego mieszkania w Hiszpanii nikt mnie o niego nawet nie zapyta. Pytają za to o inne sprawy, przede wszystkim o to, dlaczego się przeprowadzam, czy mam w Hiszpanii rodzinę, narzeczonego, przyjaciół? Odpowiedź na wszystkie te pytania brzmi „nie”. „Przeprowadzam się ze względu na słońce” – dodaję. I widzę, że popełniłam błąd. Spojrzenie, która posyła mi pani przeprowadzająca rozmowę jasno wyraża jej opinię na temat stanu mojego umysłu, a moje zapewnienie, że w czerwcu przyjeżdżam na stałe i będę do jej dyspozycji absolutnie niczego nie zmienia. Czy muszę dodawać, że żadnej z tych prac wtedy nie dostałam?

andaluzyjski dom z kratami w oknach

Do zmiany, gotowi, start!

31 maja 2007 roku. Zbieram swoje rzeczy w przysłowiowy kartonik i po raz ostatni żegnam się z biurem i moim na śmierć obrażonym ex-szefem. Życzy mi powodzenia, ale chyba nie do końca szczerze, bo przez kolejne lata będzie próbował przekonać mnie, żebym wróciła. 1. czerwca zaczyna się moja wielka hiszpańska przygoda. Zaraz po tym jak wynoszę ostatnią walizkę z mojego mieszkania, wprowadza się do niego lokator. Zabieram tylko to, co najpotrzebniejsze, ale i tak moja dzielna mała Corsa wyładowana jest po dach, a otwierając bagażnik, trzeba uważać na wypadające żelazko. Wyruszam w drogę. Towarzyszy mi moja przyjaciółka, jest wsparciem duchowym i drugim kierowcą. Mamy przed sobą 3.500 km, Joaśka ma bilet powrotny do Gdańska za dwa tygodnie. A ja mam taki sam czas, żeby ułożyć sobie życie od nowa. W Hiszpanii, kraju, który mnie zaczarował i w którym nie znam absolutnie nikogo. Ahoj przygodo!

Nieruchomości w Hiszpanii? OK, spróbuję, może polubię.

3 czerwca 2007 roku. Rozmowa kwalifikacyjna. Typowe polskie biuro nieruchomości prowadzone przez polską parę, mieszkającą w Hiszpanii od lat. Oboje prawie nie mówią po hiszpańsku, co mnie trochę zaskakuje, bo jak to, po tylu latach? Już niedługo przestanie mnie to dziwić, bo okaże się, że jestem w miejscu do bólu kosmopolitycznym, gdzie każdy jest skądś i mówi zwykle w kilku językach. Moi nowi pracodawcy, bo tę pracę dostaję od ręki, mówią dużo i kwieciście – tylko po polsku. Jestem więc dla nich czymś w rodzaju gwiazdki z nieba. Kiedy jeszcze następnego dnia zapraszają mnie do biura w Puerto Banus i opowiadają o swoim życiu w Marbelli, mam wrażenie, że trafiłam w sam środek bajki o Kopciuszku. Oni występują w roli księcia, Kopciuszkiem jestem ja, a resztki zdrowego rozsądku mówią mi, że to wszystko jest za piękne, żeby było prawdziwe. Resztki mają rację jak się potem okaże, ale póki co bajka trwa.

Tablao Ana Maria

Na początek Alicante i Costa Blanca

Rozpoczynam pracę w polskim biurze nieruchomości w Hiszpanii i na początek ląduję w okolicach Alicante na Costa Blanca, żeby – tak brzmi moje zadanie – rozejrzeć się po rynku. Rozglądam się więc, a że o nieruchomościach nie mam pojęcia, nic specjalnego z tego mojego rozglądania nie wynika. Staram się jak mogę, umawiam na spotkania z deweloperami, piszę raporty, których nikt nie czyta, robię zestawienia, które spotyka ten sam los. Po kilku dniach proszę o jakiś zakres obowiązków, bo mam wrażenie, że moja praca nie jest tak naprawdę nikomu potrzebna. Wtedy okazuje się, że zakresu obowiązków nie ma, bo przecież pojechałam tam, żeby… rozglądać się po rynku. Dobrze. Jako wytrawna ex korpokicia, zadaniowa do bólu i wyszkolona do zadań z datą realizacji „na wczoraj”, sama sobie stwarzam ten nieszczęsny zakres obowiązków i świat od razu wraca na właściwe tory. Na chwilę.

Marbella

Wrzesień 2007 roku. Kończy się moje „wygnanie” na Costa Blanca, wracam do Marbelli, znajduję mieszkanie dokładnie tam, gdzie chciałam, czyli na Paseo Maritimo. Morze, plaża, palmy – jest cudnie. Potem okaże się, że brak miejsca parkingowego jest poważną wadą, a mieszkanie w bloku pamiętającym czasy generała Franco wiąże się z atrakcjami typu: kuchenka gazowa na butlę z gazem, którą trzeba samodzielnie wymieniać, woda, która czasami jest, a innym razem nie, ale za to wtedy zwykle jest prąd – o ile nie włączę na raz pralki i żelazka.

plaza w Marbelli

Jak nie prowadzić biura nieruchomości w Hiszpanii

Zaczynam pracować w biurze, siłą rzeczy spędzając więcej czasu z moimi pracodawcami, a w zasadzie tylko z pracodawcą, bo pani spędza czas głównie na zakupach. Dziwi mnie, że nadal nikt mnie niczego nie uczy, że w biurze niewiele się dzieje, a klienci, jeśli w ogóle się pojawiają, rzadko cokolwiek kupują. Po kilku miesiącach docierają do mnie dwie rzeczy: po pierwsze, mój pracodawca nie może mnie niczego nauczyć, bo sam niewiele umie, a po drugie: zaczyna się poważny kryzys na rynku nieruchomości w Hiszpanii. W tej firmie przepracuję ostatecznie półtora roku i nauczę się jednej bardzo ważnej rzeczy: jak się tego biznesu nie robi.

Wszystkie drogi prowadzą do nieruchomości

Półtora roku po przyjeździe do mojej wymarzonej Hiszpanii znowu jestem na rozdrożu. Jedyne, co tak naprawdę chciałabym robić, to nieruchomości, ale wiem doskonale, że to niełatwy kawałek chleba i zdaję sobie sprawę, że moment na wchodzenie w ten biznes też jest najgorszy z możliwych. Próbuję swoich sił jako manager w restauracji, ale po miesiącu z haczykiem składam broń, bo zupełnie się do tego nie nadaję. Szukam innych opcji, ale wiem, że tak naprawdę, wcale nie chcę ich znaleźć, nieruchomości mnie wołają, złapałam bakcyla.

Kryzys, a ja tworzę Dream Property, polskie biuro nieruchomości w Hiszpanii

Ostatecznie w 2010 roku kiedy w Andaluzji zamyka się 40.000 agencji nieruchomości, ja realizuję moje marzenie i powstaje Dream Property Marbella - polskie biuro nieruchomości na Costa del Sol. Wielu znajomych puka się w czoło słysząc o moim pomyśle, inni z dobrego serca doradzają zmianę branży. Ja grzecznie słucham tych rad i zgodnie z zasadą „co mnie nie zabije, to mnie wzmocni”, robię swoje. Na początku wiem, że chcę pomagać ludziom realizować ich marzenia (nazwa firmy nie jest przypadkowa). Naturalnymi klientami dla mnie są Polacy. Ze względu na język, mentalność, kontakty. Zresztą tak tu jakoś jest, że klienci zwykle szukają agencji prowadzonych przez swoich rodaków. Polacy nie są wtedy dużą grupą kupujących, więc i polskich agencji jest niewiele.

Chcę być jedną z nich (naturalnie tą najlepszą). Wiem też, że chcę mieć klientów na lata, a nie tylko do momentu zamknięcia transakcji. Chcę, żeby klienci Dream’u lubili nimi być, żeby wpadali do biura na kawę, dzwonili kiedy potrzebują pomocy, ale też po to, żeby po prostu pogadać. Oczywiście chcę też, żeby Dream Property Marbella wyrosło na niewielkie, ale stabilne biuro nieruchomości, które tworzą ludzie dla ludzi i które ludziom dla niego pracującym pozwala zarabiać rozsądne pieniądze.

zachod slonca Puerto Banus

Pierwsze kroki

Zaczynam. Powstaje pierwsza w historii DPM strona www. Kosztowała mnie mnóstwo pracy i pieniędzy, jestem z niej bardzo dumna i mam nadzieję, że ściągnie do mnie tabuny klientów. Tak się nie dzieje. W międzyczasie okazuje się, że praca dla kogoś i praca na własny rachunek to mentalnie dwie zupełnie różne rzeczy. To dla mnie zmiana, którą będę musiała w końcu przepracować z coachem. Uświadamiam sobie, że wszystko jest moją sprawą: zdobywanie klientów i ich obsługa, szukanie nieruchomości, obsługa strony, księgowość, niedziałająca drukarka, rachunki, wszystko. Przygniata mnie poczucie odpowiedzialności. Pracuję 24 / 7 i nie widzę efektów. Polskie konta trzeszczą pod naporem debetów, bo z czegoś muszę przecież te rachunki płacić. Kryzys finansowy szaleje na rynkach całego świata, a Hiszpania stoi na krawędzi bankructwa. Nieźle się urządziłam, nie ma co.

Dzisiaj

Marzec 2019 roku. 10 lat i 4 wersje strony internetowej później nadal tu jestem. Dream stał się w końcu stabilną, dobrze prosperującą firmą i jest szansa, że jeszcze podrośnie. Nie chcę, żeby urósł za mocno i stał się fabryką, a klienci numerami referencyjnymi bez twarzy. Nadal uważam, że to jest biznes oparty na relacjach i zaufaniu, a ich zbudowanie jest niemożliwe bez osobistego kontaktu z klientem. Widzę, że moje założenia z początków działalności były słuszne: Dream ma swoich długoletnich klientów, najlepszych ambasadorów marki jakich tylko można sobie wyobrazić. Część z nich poszła krok dalej i zostaliśmy przyjaciółmi, co bardzo sobie cenię.

Lubię moje życie tutaj. Minęło 12 lat od wyjazdu i mimo, że nie zawsze było kolorowo, ani przed chwilę nie żałowałam decyzji, którą wtedy podjęłam. Kocham Gdańsk i chętnie do niego wracam, ale dom jest już tutaj.